Iwona Kępa z Łeby ma żal do ordynatora dziecięcego oddziału chirurgicznego słupskiego szpitala. Jej zdaniem, lekarze i pielęgniarki źle ją potraktowali, nieprawidłowo zdiagnozowali chorobę, sugerując natychmiastowy zabieg u jej 2-letniego syna.
Kobieta w środku nocy przewiozła dziecko do szpitala w Wejherowie. Tam zabiegu mu nie zrobiono. Co na to ordynator? Twierdzi, że kobieta agresywnie się zachowywała. Nie uważa też, że źle zdiagnozował
chłopca.
- Bartek źle się czuł od rana – mówi Iwona Kępa. – Wymiotował, płakał. Przed południem postanowiliśmy zawieźć go na oddział chirurgii dziecięcej słupskiego szpitala. Od początku pielęgniarki były dla nas niemiłe. Po badaniach okazało się, że u syna podejrzewa się wyrostek robaczkowy. Najgorzej było jednak wieczorem, kiedy zabroniono mi zostać na noc przy dziecku.
Kępa twierdzi, że pielęgniarki kazały jej wyjść ze szpitala na noc i wrócić rano. Kiedy nie chciała się zgodzić, wezwano ordynatora.
- Ordynator powiedział mi, że i tak nie zobaczę dziecka, bo właśnie zabiera je na zabieg. Kiedy prosiłam, aby się przedstawił, odfuknął, że nie ma takiego obowiązku – opowiada zdenerwowana kobieta.
Ostatecznie Iwona Kępa zamówiła prywatnie karetkę, za którą zapłaciła 260 zł i zawiozła syna do szpitala w Wejherowie. Tam okazało się, że nie trzeba go operować, nie ma również zagrożenia wyrostkiem.
- Mamy swoje prawa jako pacjenci i nie można nas tak traktować. W słupskim szpitalu na chirurgii jest jednak tylko jedno prawo – prawo ordynatora. Już nigdy nie oddam tam swojego dziecka – mówi matka Bartka.
Inaczej sytuację przedstawia Andrzej Porzych, ordynator chirurgii dziecięcej w Słupsku.
- Na długo nie zapomnę tego incydentu – mówi ordynator. – Rodzina kłóciła się już od samego początku. Byli bardzo wulgarni. To nieprawda, że kazaliśmy matce całkowicie opuścić szpital. Mamy specjalny pokój, gdzie było wolne miejsce. Proponowaliśmy jej nocleg. Nie zgadzamy się na nocowanie bezpośrednio przy dzieciach. One też potrzebują snu. Zapewne w nowym szpitalu przy ul. Hubalczyków warunki się zmienią, ale teraz nie możemy sobie pozwolić na bałagan na oddziale.
Porzych dodaje, że wszystkie wyniki, jakie zrobiono dziecku jednoznacznie wskazywały na zapalenie jamy brzusznej.
- W przypadku małych dzieci natychmiast decydujemy się na zabieg, bo istnieje duże zagrożenie – wyjaśnia. – Nie dziwię się, że kiedy rodzina dojechała do Wejherowa, objawy się cofnęły, ale to nie oznacza, że nie wrócą.
Autor artykułu: